Bazar Voltka


Start
06.09.2010.
Login
Menu główne
Start
Linki
Napisz do nas
Szukaj
Wieści RSS
FAQ
Lakefishing-forum
Galeria
Forum
Blogi
Zmień szatę
clean
Nagłówki RSS
W galerii

Zaprzyjaźnione strony
 
Moje Karpiowanie. Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Jerzy Leszczyński   
13.02.2008.

 

        Sprowokowany opisem morskiej przygody, Wąsaty zechciał nam opisać swe szczęśliwe chwile przy wędkach. Zatytułował swój artykuł „Moje Karpiowanie”, ale ja bym to wędkarską autobiografią, albo może lepiej spowiedzią. Jest w nim coś więcej niż tylko opis karpiowej zasiadki.

 

 

 

         Wędkowanie  zaczynałem jako mały smyk,  przy ojcu. Nie był on nigdy wybitnym wędkarzem, ale wystarczało, że to robił, więc i ja chciałem. Nasze wyprawy, to najczęściej jednodniowe wypady na prywatny staw znajomego. Łowiliśmy najczęściej na żywca. Pierwsze szczupaki, okonie, oczywiście wszystkie ryby trafiały na patelnię. Nikt wtedy nie słyszał o zasadzie NO KILL, czy CATCH AND RELASE. Przede wszystkim nikt wtedy nie używał nikomu nie potrzebnej angielszczyzny. Wszystko było proste i nasze. No może czasem ruskie, lub w najlepszym razie wschodnio - niemieckie.  Dotyczyło  to oczywiście i sprzętu. Pamiętam do dziś pierwszy leszczynowy kij  i  najprostszy z najprostszych kołowrotek. Gdy dostałem  prawdziwy spinning z kręciołem  made in DDR ( Forelle) skakałem ze szczęścia. Kartę  wędkarską zdałem przez telefon. Z tego, co pamiętam czasem zdarzało się trochę przekraczać regulamin. To były czasy!

        Potem  długa, kilkudziesięcioletnia  przerwa. Szkoła średnia, studia, śmierć ojca. Jakoś o wędkarstwie zapomniałem.  Od zawsze zajmowałem się sportem. Najpierw  rzut oszczepem. Na sprawdzianie w szkole  okazałem się najlepszy z klasy. Nauczyciel  zasugerował klub - Śląsk Wrocław. Przy okazji  oczywiście wszystkie gry zespołowe. Jeśli ktoś trenował, to brali go do reprezentacji szkoły w każdej z dyscyplin. Żadnych spektakularnych sukcesów, poza mistrzostwem Dolnego Śląska nie odnotowałem. Po studiach praca, uciekający  dzień za dniem W  1995  roku zaczęła się przygoda z badmintonem. Stałem się trenerem, działaczem i zawodnikiem. Wciągnęło mnie na to całego. Dwa, trzy razy w tygodniu trening, co piątek wyjazd na zawody. Powrót czasem nad ranem w poniedziałek. Niemal prosto z pociągu do roboty. W zeszłym roku postanowiłem rozstać się z ukochaną dyscypliną sportu. Przyczyny różne. Dzieci dorosły. Stwierdziłem, że taka grupa, taka praca, takie sukcesy, to rzeczy nie do powtórzenia. A jak coś robię, to staram się włożyć w to całe serducho.

           Nie wyobrażam sobie nie mieć pasji. Szybko okazało się, że nie mogę sobie znaleźć miejsca.Było więcej czasu dla rodziny. Zaczęło się od jakiegoś  wyjazdu nad wodę. Bardziej  przypadkowe, niż zaplanowane moczenie kija  spowodowało, że wszystko stało się jasne. Moją nową miłością  stało się  wędkarstwo.  Coraz częściej byłem nad wodą. Najbliżej mam do kamieniołomu usytuowanego klika minut drogi od mojego domu. Pierwsze sukcesy to okonie na spinning i nieduże karpie na spławikówkę.  Potem przyszły kilkudniowe wyjazdy  do gospodarstwa agroturystycznego z łowiskiem komercyjnym.  Złowiłem tam pierwsze karpie, których odległość oczu od ogona  przekraczała 50cm.  Zacząłem przeglądać strony internetowe o tematyce wędkarskiej i być częstym gościem wędkarskich sklepów.Nie bardzo potrafię powiedzieć, od kiedy zaczęło mi sprawiać przyjemność wypuszczanie złowionych ryb.  Oczywiście nie dotyczy to wszystkich gatunków i wszystkich wielkości.  Czasem z przyjemnością skuszę się na rybkę. Najczęściej jest to okoń  lub  szczupak. Ale większe okazy z definicji wracają do swego królestwa. Kupiłem  dość porządny  aparat fotograficzny i  większość trofeów  trafia do mego albumu.Nigdy nie dążyłem do specjalizacji w jakiejś konkretnej  metodzie połowu. Nie wyobrażam sobie  wędkowania bez spinningu czy spławikówki.  Mam  w arsenale bolonkę,  odległościówkę  i  feedera. 

        Jest jednak jedna metoda, która wydaje mi się  inna od pozostałych.  To karpiowanie.  Od kiedy  po raz pierwszy  wyholowałem dużego karpia,  jakoś inaczej patrzę na są ewentualną zdobycz. Trudno to wyjaśnić, ale z pewnością jest to rodzaj szacunku  do tej  sprytnej, silnej i walecznej ryby. Dotąd kojarzyła mi się ze świątecznym stołem.  Teraz, zwłaszcza duży karp to przedmiot mojego pożądania. To także  przeciwnik, z którym można powalczyć  jak równy z równym. A kiedy już leży na macie, spogląda smutnymi oczami i próbuje coś powiedzieć otwierając ryjek, nie potrafię  wyobrazić go sobie na patelni.  Moje karpiowanie, to na razie jedne z najtańszych wędek i kołowrotków. Niedrogi, rodpod prawdopodobnie posłuży mi jeszcze ładnych parę lat.  Nie posiadam karpiowego  namiotu, łóżka, łódki do wywozu  zanęty, a  o kilkudniowych zasiadkach  nawet nie marzę. Ale zakup niezbędnych sprzętów jak karpiowa mata,  worek karpiowy, podbierak  czy nawet środek do odkażania ran  był dla mnie oczywisty i  bezdyskusyjny.  I choć  karpiowanie to kosztowna i czasochłonna  zabawa nie wyobrażam już sobie bez tego mojego wędkarstwa. To dziedzina trudna i wymagająca stałego rozwijania się i kombinowania.  Kombinowania ze sprzętem, z zestawami, przynętami i  wszystkim, co może pomóc  oszukać mądre karpiska. 

 

        Pod koniec pierwszego sezonu mojego karpiowania  miałem to szczęście zmierzyć się z naprawdę dużym karpiem. Był pierwszy dzień listopada i właśnie wróciłem  z cmentarza.  Jakaś dziwna siła ciągnęła mnie nad wodę. Na łowisku byłem ok. 13.00.  Niezbyt ciepło, choć słonecznie (ja w cieniu), dość silny boczny wiaterek.  Jeszcze nęcenie, statyw, montaż zestawów i zrobiło się ok. 13.30.  Byłem dziwnie spokojny, że będzie to bardzo krótkie, ale udane  karpiowanie. Tam łowi się  do zachodu słońca, więc miałem niewiele czasu.  Na łowisku byłem sam. Po godzinie przyjechało jeszcze dwóch wędkarzy - sprężynowców.  Ok  14.00  sygnalizator zaśpiewał i po krótkim holu na brzeg trafiła trójeczka (a może 2,5). Nawet nie ważyłem. Buzi i do wody. Było już dobrze.

 

        Markera ustawiłem w odległości, na jaką mogłem ręką dorzucić kulą zanętową. Kiedyś, jak pisałem, rzucałem oszczepem, ale odległość ta nie zadawalała mnie wcale. Coś mi podpowiadało, że miśki mogą buszować trochę dalej i to wcale nie bezpośrednio w mojej zanęcie. Zwinąłem wędkę z markerem  i jeden z zestawów ulokowałem dalej. Na włosie dwa spore ziarna kuku i sztuczny pop-up (małż).

 

         Nie minęło  15 min , kiedy mój swinger nagle podskoczył  i usłyszałem  piękny, ciągły  dźwięk buzzera. Miałem włączony prawie na luz wolny bieg, więc po przytrzymaniu szpuli podniosłem dość energicznie wędkę. Poczułem, jakbym złapał zaczep. Przez dłuższą chwilę nie byłem w stanie ruszyć zestawu z miejsca. Wygięta w pałąk wędka zamarłą w bezruchu. Myślałem, że zacięty karp wszedł w jakąś zawadę i trudno będzie go ruszyć.  Potem nastąpiło coś  zupełnie nie  oczekiwanego. Poczułem, jakby minimalnie mniejszy opór, podpompowałem delikatnie i po pewnym czasie na powierzchni wody zauważyłem jakby ogromny wir. Wiedziałem, że moja zdobycz podeszła do powierzchni, choć nie zbliżyła się do brzegu ani o metr. Pomyślałem przez chwilę, że tak często robi duży szczupak. Wygięty w pałąk daję się podnieść do powierzchni właściwie nie wykonując żadnych ruchów. Ale potem następuje atak? Moja ryba też po chwili zaatakowała. Żyłka zaczęła  już wyraźnie przesuwać się w bok, a ja biedny niewiele na początku mogłem zdziałać. Słyszałem tylko dźwięk hamulca  i widziałem ubywającą ze szpuli żyłkę. Po kilkudziesięciu metrach ryba zmieniła taktykę i obrała kierunek na mnie. Ale po chwili nastąpił nawrót i wtedy zaczęła się prawdziwa walka.  Karp, co chwila zmieniał kierunek próbując żyłkę przerzucić przez grzbiet. Trzymając rękę na szpuli niemal odruchowo poluzowałem hamulec. Po głowie chodziły mi myśli o źle wykonanym węźle, słabym krętliku i innych niedoróbkach.  Już wiedziałem, że takiej ryby jeszcze nie holowałem. Moje 3,5lbs wyginało się jak match przy łowionych  dotychczas  czwórkach.

 

          Najgorsze było jednak przede mną. Stromy brzeg, trzciny po obu stronach i brak pomocy przy podbieraniu nie wróżyły najlepiej. Walka trwała ok. 25min. Zdaję sobie sprawę, że może zbyt długo, ale to akurat wydaje się w tym przypadku rzeczą wtórną. Gdy misiek był na macie poprosiłem  jednego z sąsiadów z łowiska o zrobienie fotki,  rybę pomierzyłem i poważyłem, 13,51kg i 85cm.- moja pierwsza dwucyfrówka. Nagle poczułem, że opuszczają mnie siły. Mimo, że jeszcze można było trochę połowić, nie pamiętam, kiedy zwinąłem sprzęt, zapakowałem się i... Na chwilę  zasnąłem w samochodzie. Ruszyłem dopiero po 15min. Drogi do domu nie pamiętam.

            To moja jak dotychczas największa i najwspanialsza ryba.  To motywacja i radość. To coś, co sprawiło, że się nie wstydzę nazywać, karpiarzem. Nadal  początkującym, ale karpiarzem.

Wąsaty

Przedyskutuj ten artykuł na forum.1 postów)

Zmieniony ( 24.05.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
GADALNIA
Ostatni wpis: 2 lat(a), 7 miesięcy(e) stary
  • Beata : Nie jeszcze nie,ale juz w krotce odmaluje taaakie hece,ze mucha nie siada,cierpliwosci.
  • Ściernik : a już wpisałaś coś na swoim blogu?
  • Beata : heelow,jak tam,sprawdzamy blogi?
  • Voltek : laughing.png w00t.png Witam serdecznie i zpraszam do wspólnej zabawy
Zaloguj się by pogadać..
Meteo
Brussels, Belgium
11°C
E
Wilgotność: 82%
Ciśnienie: 1016.9 mb
Wiatr:
Prędkość: 5 km/h
Kierunek: 100°
Więcej szczegółów
Nasze galerie
Artykuły
Aktualności
Autorzy o sobie
Nasze sukcesy
Na forum napisano

Więcej ...

© 2010 Bazar Voltka :: Joomla! i J!+AL jest Wolnym Oprogramowaniem wydanym na licencji GNU/GPL.