|
 Sprowokowany opisem morskiej przygody, Wąsaty zechciał nam opisać swe szczęśliwe chwile przy wędkach. Zatytułował swój artykuł „Moje Karpiowanie”, ale ja bym to wędkarską autobiografią, albo może lepiej spowiedzią. Jest w nim coś więcej niż tylko opis karpiowej zasiadki.
Wędkowanie zaczynałem jako mały smyk, przy ojcu. Nie był on nigdy wybitnym wędkarzem, ale wystarczało, że to robił, więc i ja chciałem. Nasze wyprawy, to najczęściej jednodniowe wypady na prywatny staw znajomego. Łowiliśmy najczęściej na żywca. Pierwsze szczupaki, okonie, oczywiście wszystkie ryby trafiały na patelnię. Nikt wtedy nie słyszał o zasadzie NO KILL, czy CATCH AND RELASE. Przede wszystkim nikt wtedy nie używał nikomu nie potrzebnej angielszczyzny. Wszystko było proste i nasze. No może czasem ruskie, lub w najlepszym razie wschodnio - niemieckie. Dotyczyło to oczywiście i sprzętu. Pamiętam do dziś pierwszy leszczynowy kij i najprostszy z najprostszych kołowrotek. Gdy dostałem prawdziwy spinning z kręciołem made in DDR ( Forelle) skakałem ze szczęścia. Kartę wędkarską zdałem przez telefon. Z tego, co pamiętam czasem zdarzało się trochę przekraczać regulamin. To były czasy! Potem długa, kilkudziesięcioletnia przerwa. Szkoła średnia, studia, śmierć ojca. Jakoś o wędkarstwie zapomniałem. Od zawsze zajmowałem się sportem. Najpierw rzut oszczepem. Na sprawdzianie w szkole okazałem się najlepszy z klasy. Nauczyciel zasugerował klub - Śląsk Wrocław. Przy okazji oczywiście wszystkie gry zespołowe. Jeśli ktoś trenował, to brali go do reprezentacji szkoły w każdej z dyscyplin. Żadnych spektakularnych sukcesów, poza mistrzostwem Dolnego Śląska nie odnotowałem. Po studiach praca, uciekający dzień za dniem W 1995 roku zaczęła się przygoda z badmintonem. Stałem się trenerem, działaczem i zawodnikiem. Wciągnęło mnie na to całego. Dwa, trzy razy w tygodniu trening, co piątek wyjazd na zawody. Powrót czasem nad ranem w poniedziałek. Niemal prosto z pociągu do roboty. W zeszłym roku postanowiłem rozstać się z ukochaną dyscypliną sportu. Przyczyny różne. Dzieci dorosły. Stwierdziłem, że taka grupa, taka praca, takie sukcesy, to rzeczy nie do powtórzenia. A jak coś robię, to staram się włożyć w to całe serducho. Nie wyobrażam sobie nie mieć pasji. Szybko okazało się, że nie mogę sobie znaleźć miejsca.Było więcej czasu dla rodziny. Zaczęło się od jakiegoś wyjazdu nad wodę. Bardziej przypadkowe, niż zaplanowane moczenie kija spowodowało, że wszystko stało się jasne. Moją nową miłością stało się wędkarstwo. Coraz częściej byłem nad wodą. Najbliżej mam do kamieniołomu usytuowanego klika minut drogi od mojego domu. Pierwsze sukcesy to okonie na spinning i nieduże karpie na spławikówkę. Potem przyszły kilkudniowe wyjazdy do gospodarstwa agroturystycznego z łowiskiem komercyjnym. Złowiłem tam pierwsze karpie, których odległość oczu od ogona przekraczała 50cm. Zacząłem przeglądać strony internetowe o tematyce wędkarskiej i być częstym gościem wędkarskich sklepów.Nie bardzo potrafię powiedzieć, od kiedy zaczęło mi sprawiać przyjemność wypuszczanie złowionych ryb. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich gatunków i wszystkich wielkości. Czasem z przyjemnością skuszę się na rybkę. Najczęściej jest to okoń lub szczupak. Ale większe okazy z definicji wracają do swego królestwa. Kupiłem dość porządny aparat fotograficzny i większość trofeów trafia do mego albumu.Nigdy nie dążyłem do specjalizacji w jakiejś konkretnej metodzie połowu. Nie wyobrażam sobie wędkowania bez spinningu czy spławikówki. Mam w arsenale bolonkę, odległościówkę i feedera. Jest jednak jedna metoda, która wydaje mi się inna od pozostałych. To karpiowanie. Od kiedy po raz pierwszy wyholowałem dużego karpia, jakoś inaczej patrzę na są ewentualną zdobycz. Trudno to wyjaśnić, ale z pewnością jest to rodzaj szacunku do tej sprytnej, silnej i walecznej ryby. Dotąd kojarzyła mi się ze świątecznym stołem. Teraz, zwłaszcza duży karp to przedmiot mojego pożądania. To także przeciwnik, z którym można powalczyć jak równy z równym. A kiedy już leży na macie, spogląda smutnymi oczami i próbuje coś powiedzieć otwierając ryjek, nie potrafię wyobrazić go sobie na patelni. Moje karpiowanie, to na razie jedne z najtańszych wędek i kołowrotków. Niedrogi, rodpod prawdopodobnie posłuży mi jeszcze ładnych parę lat. Nie posiadam karpiowego namiotu, łóżka, łódki do wywozu zanęty, a o kilkudniowych zasiadkach nawet nie marzę. Ale zakup niezbędnych sprzętów jak karpiowa mata, worek karpiowy, podbierak czy nawet środek do odkażania ran był dla mnie oczywisty i bezdyskusyjny. I choć karpiowanie to kosztowna i czasochłonna zabawa nie wyobrażam już sobie bez tego mojego wędkarstwa. To dziedzina trudna i wymagająca stałego rozwijania się i kombinowania. Kombinowania ze sprzętem, z zestawami, przynętami i wszystkim, co może pomóc oszukać mądre karpiska. Pod koniec pierwszego sezonu mojego karpiowania miałem to szczęście zmierzyć się z naprawdę dużym karpiem. Był pierwszy dzień listopada i właśnie wróciłem z cmentarza. Jakaś dziwna siła ciągnęła mnie nad wodę. Na łowisku byłem ok. 13.00. Niezbyt ciepło, choć słonecznie (ja w cieniu), dość silny boczny wiaterek. Jeszcze nęcenie, statyw, montaż zestawów i zrobiło się ok. 13.30. Byłem dziwnie spokojny, że będzie to bardzo krótkie, ale udane karpiowanie. Tam łowi się do zachodu słońca, więc miałem niewiele czasu. Na łowisku byłem sam. Po godzinie przyjechało jeszcze dwóch wędkarzy - sprężynowców. Ok 14.00 sygnalizator zaśpiewał i po krótkim holu na brzeg trafiła trójeczka (a może 2,5). Nawet nie ważyłem. Buzi i do wody. Było już dobrze. Markera ustawiłem w odległości, na jaką mogłem ręką dorzucić kulą zanętową. Kiedyś, jak pisałem, rzucałem oszczepem, ale odległość ta nie zadawalała mnie wcale. Coś mi podpowiadało, że miśki mogą buszować trochę dalej i to wcale nie bezpośrednio w mojej zanęcie. Zwinąłem wędkę z markerem i jeden z zestawów ulokowałem dalej. Na włosie dwa spore ziarna kuku i sztuczny pop-up (małż). Nie minęło 15 min , kiedy mój swinger nagle podskoczył i usłyszałem piękny, ciągły dźwięk buzzera. Miałem włączony prawie na luz wolny bieg, więc po przytrzymaniu szpuli podniosłem dość energicznie wędkę. Poczułem, jakbym złapał zaczep. Przez dłuższą chwilę nie byłem w stanie ruszyć zestawu z miejsca. Wygięta w pałąk wędka zamarłą w bezruchu. Myślałem, że zacięty karp wszedł w jakąś zawadę i trudno będzie go ruszyć. Potem nastąpiło coś zupełnie nie oczekiwanego. Poczułem, jakby minimalnie mniejszy opór, podpompowałem delikatnie i po pewnym czasie na powierzchni wody zauważyłem jakby ogromny wir. Wiedziałem, że moja zdobycz podeszła do powierzchni, choć nie zbliżyła się do brzegu ani o metr. Pomyślałem przez chwilę, że tak często robi duży szczupak. Wygięty w pałąk daję się podnieść do powierzchni właściwie nie wykonując żadnych ruchów. Ale potem następuje atak? Moja ryba też po chwili zaatakowała. Żyłka zaczęła już wyraźnie przesuwać się w bok, a ja biedny niewiele na początku mogłem zdziałać. Słyszałem tylko dźwięk hamulca i widziałem ubywającą ze szpuli żyłkę. Po kilkudziesięciu metrach ryba zmieniła taktykę i obrała kierunek na mnie. Ale po chwili nastąpił nawrót i wtedy zaczęła się prawdziwa walka. Karp, co chwila zmieniał kierunek próbując żyłkę przerzucić przez grzbiet. Trzymając rękę na szpuli niemal odruchowo poluzowałem hamulec. Po głowie chodziły mi myśli o źle wykonanym węźle, słabym krętliku i innych niedoróbkach. Już wiedziałem, że takiej ryby jeszcze nie holowałem. Moje 3,5lbs wyginało się jak match przy łowionych dotychczas czwórkach. Najgorsze było jednak przede mną. Stromy brzeg, trzciny po obu stronach i brak pomocy przy podbieraniu nie wróżyły najlepiej. Walka trwała ok. 25min. Zdaję sobie sprawę, że może zbyt długo, ale to akurat wydaje się w tym przypadku rzeczą wtórną. Gdy misiek był na macie poprosiłem jednego z sąsiadów z łowiska o zrobienie fotki, rybę pomierzyłem i poważyłem, 13,51kg i 85cm.- moja pierwsza dwucyfrówka. Nagle poczułem, że opuszczają mnie siły. Mimo, że jeszcze można było trochę połowić, nie pamiętam, kiedy zwinąłem sprzęt, zapakowałem się i... Na chwilę zasnąłem w samochodzie. Ruszyłem dopiero po 15min. Drogi do domu nie pamiętam. To moja jak dotychczas największa i najwspanialsza ryba. To motywacja i radość. To coś, co sprawiło, że się nie wstydzę nazywać, karpiarzem. Nadal początkującym, ale karpiarzem. Wąsaty Przedyskutuj ten artykuł na forum.1 postów) |