Bazar Voltka


Start
05.09.2010.
Login
Menu główne
Start
Linki
Napisz do nas
Szukaj
Wieści RSS
FAQ
Lakefishing-forum
Galeria
Forum
Blogi
Zmień szatę
clean
Nagłówki RSS
W galerii

Zaprzyjaźnione strony
 
Na fali (ten pierwszy raz). Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Redaktor: Voltek   
03.02.2008.

        No i kiedyś to musiało się zdarzyć. Co? Wyprawa wędkarska kutrem po Morzu Północnym. Tak w ogóle to moje pierwsze wędkowanie z kutra na jakimkolwiek morzu. Musiałem przygotować się od podstaw. Kij, kołowrotek, cała reszta. Co z tego wyniknie? Chodzę podniecony dwa tygodnie, to znaczy od ogłoszenia wyprawy.

 

      Miejsca zarezerwują kumple, a ściślej mówiąc Irek, a transportu podjął się Kazek. W sumie zebrało się nas czterech, oprócz mnie i dwóch już wymienionych jedzie jeszcze Grzesiek. To u niego zbiórka o piątej rano, wypłynąć mamy o siódmej i czeka nas jeszcze droga z Brukseli do Oostende.

        Na miejscu jesteśmy przed czasem, jak się należało, aby dokonać rejestracji i nie opóźniać reszty. Razem z nami na miejsce dociera dyrekcja jednostki, jednym słowem zajeżdżamy akurat na rozpoczęcie rejestracji, podczas której można uzupełnić braki w drobnym sprzęcie, a i nawet wynająć całość po demokratycznej cenie. Cennik? Na mój gust nie wygórowany, przynęty i przypony kosztowały tak samo, a może i taniej niż w sklepach, wynajęcie wędki z kołowrotkiem na cały dzień siedem euro, a miejsce na kutrze czterdzieści. Tak sumując to przyjeżdżając tylko z kanapkami, można połowić z kutra przez cały dzień za jedyne sześćdziesiąt do siedemdziesięciu euro. Powiedzmy dzień pracy za dzień uciechy, a po trzeciej rybie się zwraca, jak już ktoś jest taki pazerny żeby mu musiało się zwrócić.

        Imię i nazwisko są wpisane na liście uczestników tuż obok daty urodzenia i numeru buta, nie, nie, żartuję nie numer buta tylko podpis. Schodzimy na pokład, dobrze piszę schodzimy, bo brzeg jest wyższy od kutra. Sama łódka nie napawa optymizmem, stary wrak odnowiony jako tako i tylko spartańskie wygody. Nie ma najgorszego nawet stojaka na wędki, kije przywiązujemy do burty. Cały nasz sprzęt z plecakami włącznie zawieszony jest na poręczach i czym się da, a wszystko na zewnątrz narażone na kaprysy fal. Idę na zwiad wnętrz. Obchód jest króciutki, bo nie ma, czego oglądać, messa ma dwa na dwa, a może i nie, a do tego dwa schrony, dziobowy i rufowy, które kiedyś służyły za rupieciarnie, ale teraz wstawiono tam ławeczki. No cóż, koniec końców to nie podróż luksusowym jachtem.

         Jeśli podróż, to kiedyś musi się ona zacząć. Oddajemy cumy za dwadzieścia ósma, czterdzieści minut spóźnienia by mogli dotrzeć ewentualni klienci ze spóźnionego pociągu. Warkot silnika nastraja pozytywnie, raptem szyper dociska mu i wyraźnie czuć olbrzymią moc diesla. Po prostu podcina nogi, teraz już lepszym okiem widzę tę łajbę, której z każdego kąta wyłazi rdza. Dość długo czekamy w kolejce na śluzowanie i o ósmej wychodzimy z portu. Wychodzimy w morze i te rzuca mnie na kolana zaraz przy brzegu. Idziemy pod falę, a piątka w skali Beauforta szaleje. Co kilka chwil kuter wystawia dziób w niebo, by po chwili przepaść dziesięć metrów z drugiej strony fali. Huśtawka na całego, czuję, że coś we mnie nie tak, to nerw błędny odmawia takiego traktowania. Pomny nauk zostaję na pokładzie i przyglądam się nadchodzącym falom, to uspokaja błędnik, oczy go przestrzegają przed tym, co przeżyje i jakoś pociąg do Rygowic przez Ząbkowice pozostaje na bocznym torze w Żołądkówkach. Nie ma, co trzeba było wziąć tabletkę, teraz jest za późno, ale jeśli zostanę na zewnątrz to może się uda. Jest nawet na tyle dobrze, że proponuję Kazkowi oddać kalosze, jeśli tylko uda mi się włożyć spodniobuty, które przezornie zabrałem ze sobą, ale przez głupotę nie założyłem, gdy staliśmy przy kei. Szybko odchodzimy do schronu dziobowego, Kazek wychodzi z niego po chwili w moich kaloszach, ja niestety zostaję na dłużej. Mam kłopoty z założeniem kurtki, gruba warstwa ciuchów powoduje, że nie wślizguję się w nią tak łatwo. Na dodatek wybraliśmy schron dziobowy, więc ten, którym najwięcej rzuca i parę razy wylądowałem na suficie. To jeszcze nic, brak otwartych widoków spowodował całkowite rozstrojenie błędnika i podrobów razem z nim. Pociąg omawiany wcześniej ruszył z wielkim pędem, a ja rzuciłem się do wyjścia. Na zewnątrz ulga, pociąg przejechał z gwizdem, nawet gęby nie trzeba wycierać, fala opłukała po czubek głowy. Coś jakby po sesji w sedesie spuścić wodę nie wyjmując z niego głowy. Pozostaję przez chwilę na dziobie i nawet delektuję się huśtawką, ale zimno i woda zmuszają mnie do powrotu do wnętrza by założyć kurtkę. Niestety, tam historia się powtarza, nie jestem w stanie zostać tak długo by wciągnąć drugi rękaw kurtki, pociąg przejeżdża przez Ząbkowice coraz częściej, a zawiadowca stacji musi wyjść na peron. Ta gonitwa, a przede wszystkim zimno, woda, wiatr i rozhuśtany żołądek biorą górę i dosłownie zwalają mnie z nóg. Nic mi nie może pomóc oprócz suchego chleba i wody, a tego akurat nie mam. Zresztą cokolwiek niosę do ust, nie jest w stanie tam dotrzeć. Nawet herbata, która ratowała mi skórę w tak wielu sytuacjach, nie przechodzi przez gardło. Do żołądka dociera, co dziesiąty łyk i to z wielkim trudem, reszta służy tylko do płukania zębów. Szkoda, wielka szkoda, bo by wymiotować trzeba mieć, czym a po każdym łyku w żołądku czuję, że mi ciut lepiej. Te lepiej trwa tylko chwilę, wręcz chwileczkę, ale zawsze to coś.

        Na łowisko docieramy nie wiem jak i o której godzinie, mało jestem w stanie widzieć, a zegarek ukryłem w rękawie wysoko prawie na przedramieniu. Dla mnie już dzień trwa za długo. To, co zobaczyłem po buczku sygnalizującym początek łowienia spowoduje, że pierwszy raz tego dnia wychodzą mi gały na wierzch, a choroba morska nie ma tu nic do rzeczy. Zaledwie zdołano zarzucić zestawy i chyba jeszcze nie dotarły one do dna, a już są brania. Podniecenie opanowuje cały kuter, ryby biorą wszystkim i non stop. No oprócz tych, co chorują i nie łowią oczywiście. Siedzę na ławeczce i pomiędzy atakami dreszczy i chorobliwymi drzemkami napawam oczy widokiem udanych połowów. Nie jestem w stanie podnieść tyłka, a co dopiero ustać przy burcie rozkołysanego kutra trzymając się wyłącznie wędki, niestety, ale połowy muszę sobie odpuścić. Uczestniczę w święcie wędkarskim wzrokowo i pożyczoną koledze wędką, bo swoją połamał zataczając się na nią przy większej fali. Multiplikator Abu Garcia Ambassadeur 6500CT okazuje się zbyt mały, za delikatny. Natomiast drugi z moich kołowrotków, stałoszpulowy Shakespeare Odessa jest w sam raz. Prosty, wręcz prostacki, dwułożyskowy, bez łożyska jednokierunkowego i bez kabłąka, ale ciągnie super i nawet nie jęknie. Wędka za dwadzieścia cztery euro też się dobrze sprawuje. Tani barszcz, a ciągnie śmiało nawet i trojaczki, a te zdarzają się często, wręcz bardzo często. Ogólnie to, gdy branie jest, bez dubelta minimum to, można usłyszeć słowo oznaczające niezadowolenie. Kutrem owładnął szał wyciągania dorsza z głębin Morza Północnego. Przerwy w łowieniu są tak krótkie, że nie wystarczają nawet na spalenie spokojnie papierosa. Szyper robi tylko delikatny manewr by poprawić pozycję kutra nad ławicą. Chłopaki obrabiają się jak mogą, często we dwóch pompują jedną wędkę. Trudno jest oderwać od dna trzy dorsze na raz a każdy, co najmniej taki po łokieć. Szybko zapełniają się skrzynki i szyper daje znak by kończyć połowy, wracamy. Po pokładzie przechodzi szum, ale raczej ulgi niż niezadowolenia z przerwanej rzezi.

        Droga powrotna nie jest oczekiwaniem na zacumowanie w porcie. Wszyscy krzątają się i praca wre na całego. Składanie sprzętu to pryszcz, mało go trzeba na taką wyprawę. Teraz wszyscy zajęci są sprawianiem ryby a jest, czym się zająć. Wielu jest takich, co ma ich czterdzieści do sprawienia. Ogólnie, to na dwudziestu łowiących padła tona ryby, szyper nie przypomina sobie, kiedy przeżył coś takiego ostatni raz. Flaki i skrzela wyrzucane za burtę ściągają niezliczone ptactwo wszelkiej maści. Powietrze wypełnia się wrzaskiem mew, rybitw i innych latających towarzyszy. Zbierają to, co jest wyrzucane przez wędkarzy i przy okazji częstują nas odchodami. Momentami mam wrażenie przeżywać ptasie bombardowanie. Szyper jest zadowolony, bo z daleka widać, że na kutrze połowiono a, nie tylko odmachnięto wycieczkę. 

        Moja wycieczka dobiega końca. Dobrze się wyraziłem, instruktażowa, pouczająca, dająca w kość, ale wycieczka. No cóż, nie zawsze słońce świeci, a noc nie katastrofa. Czy miałem dość? Nie! Nawet przez chwilę nie przeleciało to mi przez głowę. Już namawiam kumpli by wrócić. Ten pierwszy raz morze mnie złamało, ale następnym razem to ja przejdę falom po grzbietach. Wrócę na pewno i to jak najszybciej i to nie po ryby. Chcę zwalczyć moją słabość! Posłucham rad szypra. Zjem porządne śniadanie, jak się należy, a nie tylko kawusia. Zapcham się na śniadanie chlebem i wezmę tabletkę na czas. Całe ubranie włożę w porcie jak się należy a to, co ma przeżyć suche pozostawię w samochodzie na brzegu. Będę wtedy miał zupełnie coś innego do opisywania. Kiedy to będzie? Dziewiątego lutego, Ściernik też jedzie.

 

Ahoj!

Przedyskutuj ten artykuł na forum.1 postów)

Zmieniony ( 28.02.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
GADALNIA
Ostatni wpis: 2 lat(a), 7 miesięcy(e) stary
  • Beata : Nie jeszcze nie,ale juz w krotce odmaluje taaakie hece,ze mucha nie siada,cierpliwosci.
  • Ściernik : a już wpisałaś coś na swoim blogu?
  • Beata : heelow,jak tam,sprawdzamy blogi?
  • Voltek : laughing.png w00t.png Witam serdecznie i zpraszam do wspólnej zabawy
Zaloguj się by pogadać..
Meteo
Brussels, Belgium
9°C
CALM
Wilgotność: 93%
Ciśnienie: 1021.0 mb
Wiatr:
Prędkość: calm km/h
Kierunek:
Więcej szczegółów
Nasze galerie
Artykuły
Aktualności
Autorzy o sobie
Nasze sukcesy
Na forum napisano

Więcej ...

© 2010 Bazar Voltka :: Joomla! i J!+AL jest Wolnym Oprogramowaniem wydanym na licencji GNU/GPL.