|
Mój przyjaciel nadesłał mi artykuł opisujący jeden szczegół ze swego życia w dużej mierze poświęconego innym. Bardzo cieszy mnie ten pierwszy nadesłany i mam nadzieję, że będzie to jeden z długiej serii.
Do klubu trafiła w wieku 7 lat. Buźkę miała jak kaczuszka i ciągle uśmiechniętą. Zawsze też była trochę inna Niby drobniutka i nie wysoka, ale jakby doroślejsza od pozostałych dzieciaków. Z dumą mówiła, że zostanie nauczycielką. Jak babcia. Choć ćwiczyła z pasją, nigdy nie była najlepsza. Albo przegrywała, bo grała ze starszymi, albo rówieśniczki były szybsze, większe silniejsze. Przyjmowała to różnie. Czasem przychodziła się przytulić. Widać było ślady łez na kaczym dziubku. Mijały lata., a ona nadal nie miała znaczących sukcesów. A tych potrzebowała, jak każdy. Trudno wytłumaczyć dziewczynce w czwartej klasie, że każdy organizm rozwija się inaczej i różnie przyjmuje obciążenia treningowe. Ciężko przekonać młodziutkiego zawodnika, że jego czas jeszcze nadejdzie, bo tego tak naprawdę przewidzieć się nie da. Z zazdrością więc patrzyła mała Klaudia na innych, choćby na starszego brata, któremu wygrywanie przychodziło dużo łatwiej. Patrzyła, podglądała i ciężko pracowała, bo ambicji i pracowitości odmówić jej nie było można. A do tego była zawsze świetnie zorganizowana i gotowa pomagać innym. Zbliżał się czas najważniejszych zawodów, w krótkiej karierze naszej bohaterki – Mistrzostwa Polski Młodzików. Nie dość, że szykowała się wielka sportowa impreza, to jeszcze najdalsza z dotychczasowych badmintonowych podróży, bo zawody miały się odbyć w Suwałkach. Przygotowania do imprezy zbiegły się z oczekiwaniem na rozwiązanie jeszcze jednej, tym razem rodzinnej sprawy. Na świat miał przyjść jakże oczekiwany braciszek Klaudii. I wtedy świat omal się nie zawalił. Braciszek odszedł. Wydawało się, że już nic nie będzie cieszyć, że już nic nie będzie ważne, że wszystko straciło sens. Pusty dom, nieobecni, o przeźroczystych twarzach rodzice i to potworne poczucie bezsilności. O mistrzostwach nawet nikt nie próbował wspominać. W klubie przeżywaliśmy to wszyscy. Tylko niestety wyglądało na to, że i my jesteśmy bezsilni. Kalendarz zawodów był tak ułożony, że dwie główne , interesujące nas imprezy: Mistrzostwa Polski Młodzików i Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży zaplanowano w odstępie kilku dni. Będąc jednocześnie trenerem, kierownikiem drużyny, opiekunem a z drugiej strony ojcem, mężem i pracownikiem na dość poważnym stanowisku, nie byłem w stanie wziąć udziału w obu turniejach. Na MPM miała jechać tylko Klaudia z koleżanką. Wyglądało na to, że wyjazd ten będzie trzeba sobie odpuścić. Minęło kilka dni. Człowiekowi wpadają do głowy różne pomysły. Mnie wpadł taki, który na pierwszy rzut oka wydawał się okrutny, niewykonalny , głupi. Najpierw przerobiłem go z rodzinką. Reakcje były różne, ale mimo wszystko postanowiłem zaryzykować. Na szali stawiałem swój autorytet i pewnie jeszcze kilka ważnych dla mnie rzeczy. Zadzwoniłem do ojca Klaudii. Na początku trochę zaniemówił. Obiecał, że spróbuje. Wieczorem dzwonek do drzwi. Mama Klaudii. Siadamy i chwilę milczymy. Po dłuższej chwili pyta, jak ja to widzę? Walę prosto z mostu. Pojedzie Pani z dziewczętami. Ja Pani wszystko wytłumaczę, dam dokumenty, pieniądze itp. Widziałem, że wewnątrz tej kobiety trwa jakaś straszna walka. Na decyzję miała niewiele czasu. Olimpiada Młodzieży okazała się wielkim sukcesem klubu. A dziewczyny pojechały do Suwałk. Siedzieliśmy z żoną nad wodą, kiedy zadzwonił telefon. Klaudia złoto, Monika srebro! Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że mama Klaudii jest w ciąży. Braciszek. Kilka dni temu żona wracając z aerobiku stwierdziła - żebyś widział jak ten mały pięknie odbija lotkę. Urodzony badmintonista. Ja od zeszłego roku już się badmintonem nie zajmuję. |